Nie napiszę kolejnego grzecznego tekstu o wewnętrznym dziecku
Czy nie idziesz czasem przez życie z takim ciężkim pragmatyzem. W życie, które jest poprawne, rozsądne ale kompletnie bez smaku? Życie bez życia. Niby wszystko się zgadza, ale nie cieszy.
Albo przeciwnie — czy nie puszczasz czasem swojego wewnętrznego dziecka samego na miasto z kieszenią pełną zapałek?
Jest iskra. Jest pomysł. Jest ekscytacja. Ale nie ma nikogo, kto powie: „chodź, rozpalimy ognisko, ale nie pożar”.
Kiedy usiadłam do pisania tego artykułu usłyszałam wewnętrzny głos, który powiedział:
„Tylko błagam, nie pisz tego jak królowa angielska”
Oglądam teraz The Crown i ten serial wszedł mi chyba zbyt mocno 😉
Nie pisz tak, jakbyś miała zaraz stanąć przed całym dworem i wygłosić przemówienie bez jednego drgnięcia twarzy. Zdejmij z siebie tę dworską etykietę. Zajrzyj pod wszystkie warstwy tego, co brzmi mądrze, co jest poprawne.
I sięgnij do tej części siebie, która żyje naprawdę. Która ma tę iskrę. Która śmieje się w nieodpowiednim momencie, wygłupia się, czuje mocniej, chce więcej i przypomina ci, że najważniejsze to dobra zabawa.
Skoro to jest artykuł o wewnętrznym dziecku to do czegoś zobowiązuje. Nie pisz kolejnego, grzecznego tekstu o wewnętrznym dziecku. Niech to dziecko samo przez ciebie przemówi.
Bardzo mnie rozbawił ten głos. Wiem, że czasem brakuje nam mostu między tą dziecięcą iskrą a dorosłym oparciem. Bo twoje wewnętrzne dziecko niesie życie. Pomysł. Zachwyt. Ten moment, kiedy oczy robią się większe że aż chce się żyć i biec za tym co czuje serce.
Ale potrzebuje kogoś, kto nie zgasi tej iskry w imię świętego spokoju. Kogoś, kto nie powie od razu: „nie przesadzaj”, „to głupie”, „to się nie uda”. Tylko stanie obok i powie:
„Dobra. Czuję, że to w tobie żyje. Zobaczmy, co możemy z tym zrobić”.
I dopiero wtedy dziecięca radość przestaje siać pożar, a dorosłość przestaje być strażnikiem więziennym.
Bez tego mostu twoje niezaspokojone wewnętrzne dziecko będzie cię sabotować z ukrycia. I wcale nie musi robić tego głośno. Czasem wystarczy, że nagle stracisz zapał. Zaczniesz odwlekać. Powiesz sobie: „to chyba nie ma sensu”.
Możesz długo myśleć, że chodzi o brak dyscypliny, strategii albo silnej woli. A pod spodem może być część ciebie, która od dawna nie została usłyszana.
Dlatego wrócę tu jeszcze raz do wspomnianego wcześniej The Crown. Są tam dwie postaci, które świetnie oddają tę historię: królowa Elżbieta i księżniczka Małgorzata. Dwie siostry. Dwie skrajności w temacie wewnętrznego dziecka.
Elżbieta to biegun etykiety. Obowiązek, forma, zasady, rola, kontrola. Wszystko zapięte pod szyję. Wszystko działa „tak, jak trzeba”.
Kiedy człowiek żyjesz w ten sposób, przestajesz żyć naprawdę. Jest poprawnie, ale bez smaku. Sztywno i bezpiecznie.
A Małgorzata? Małgorzata to dziecko puszczone samo w miasto z kieszenią pełną zapałek.
Jest w niej ogień. Smak. Bunt. Pragnienie miłości, uwagi, zachwytu, zabawy, wolności. Jest ta część, która mówi: „ja chcę żyć”.
Ale kiedy taka część nie ma oparcia, ogień bardzo łatwo zamienia się w pożar autodestrukcji. I właśnie dlatego żadna z tych skrajności naprawdę się nie karmi. Nie rozkwita. Jedna robi z życia sztywną ceremonię. Druga — pożar autodestrukcji.
A więc stwórzmy ten pomost!
„Ciekawe, co się teraz wydarzy?” zamiast “Boję się co się wydarzy”
Zrozum — kontakt z wewnętrznym dzieckiem to nie jest jednorazowa wycieczka do swojego wewnętrznego Disneylandu.
To nie jest słodkie spotkanie z małą sobą.
To jest relacja. Jeśli kiedyś zabrakło kogoś, kto wspierałby twoją radość, ciekawość, ekspresję i iskrę, dziś ty możesz stać się dla siebie taką osobą.
Przez lata robiłam dużo wewnętrznej pracy ze sobą. I dziś, z perspektywy osoby, która kocha samorozwój, mogę powiedzieć jedno: wewnętrzna samodyscyplina w tej kwestii jest czymś wspaniałym.
To nie jest o naprawianiu siebie.
To jest decyzja, że wybieram siebie w swoim największym potencjale. Że właśnie tak chcę żyć.
Więc zdejmuję z siebie to, co przyjęłam z systemu, który wcale mnie nie wspierał. Warstwa po warstwie.
Trochę jak zdejmowanie zbyt ciasnego płaszcza, który ktoś ci kiedyś zarekomendował, mówiąc, że „bardzo do ciebie pasuje”, a ty przez lata próbowałaś w nim oddychać.
To, co naprawdę zmieniło się u mnie w ostatnim czasie, przyszło wraz ze zmianą metod, którymi pracuję. Praktykuję techniki kwantowe, tworzę własne narzędzia i coraz mocniej widzę, że ich siła tkwi w prostocie.
Są bardzo proste, a jednocześnie potrafią sięgać głęboko — do korzenia tego, co naprawdę nas blokuje.
W tym jest cały geniusz. W prostocie. Czasem są aż podejrzanie proste. Takie, że umysł od razu chciałby podnieść rękę i zapytać: „przepraszam bardzo, ale czy to na pewno wystarczy?”.
A potem okazuje się, że to „proste” potrafi poruszyć coś bardzo głęboko. Nie chcę przez to powiedzieć, że wszystko dzieje się magicznie, bez emocji, bez procesu, bez przechodzenia przez trudne miejsca.
Nie.
To nie jest tak, że człowiek zamyka oczy, wypowiada zaklęcie i nagle całe życie zmienia się w komedię romantyczną.
Wychodzą emocje. Trzeba przejść przez proces.
Ale jednocześnie nawiązujesz połączenie z tą piękną, wszechmocną częścią siebie, która cię prowadzi. Właśnie dlatego zakochałam się w tworzeniu i praktykowaniu medytacji kwantowych.
Osoby, które z nich korzystają, mówią mi czasem, że są magiczne. Że nigdy wcześniej nie doświadczyły czegoś podobnego.
A ja myślę, że może ta „magia” bierze się stąd, że wkładam w nie swoje serce. Że nie tworzę ich według schematu. Tworzę je w jedyny dla siebie sposób — jako podróż.
Jedną z takich podróży jest moja medytacja „Radość życia. Medytacja wewnętrznego dziecka”.
To nie jest medytacja o tym, żeby tylko przytulić małą siebie i wrócić do codzienności.
To podróż do tej części, która pod lękiem, napięciem, wstydem i dawnymi zapisami nadal pamięta radość.
Do części, która w swojej istocie nigdy nie została zraniona. Do miejsca, w którym jest ciekawość, zabawa, ruch, przygoda, zachwyt i ten błysk w oku, który mówi: „a może życie ma mi coś fajnego do pokazania?”.
Ta medytacja prowadzi nie tylko do ukojenia, ale też do odzyskania kontaktu z życiem. Z własną iskrą. Z potrzebą radości.
Z tą częścią, która nie chce tylko przeżyć kolejnego dnia, ale naprawdę doświadczać, odkrywać, smakować i wybierać to co czuje serce.
Przede wszystkim zobaczyłam bardzo wyraźnie, czego naprawdę potrzebuje moje wewnętrzne dziecko.
Radości. Zabawy. Zmiany miejsc. Odkrywania. Podróży. Nowych bodźców.
Tego poczucia, że życie nie jest zamkniętym pokojem z listą obowiązków na stole, tylko czymś, co można smakować, sprawdzać, poznawać, przeżywać.
I kiedy to zobaczyłam, coś się przestroiło.
Zaczęłam przechodzić z poziomu:
„boję się, co się wydarzy”
do:
„ciekawe, co się teraz wydarzy”.
Bo kiedy zaczynasz wybierać z tego nowego miejsca w sobie, świat może jeszcze fizycznie wyglądać podobnie, ale ty już jesteś gdzie indziej. Jeszcze nie wszystko zmieniło się na zewnątrz, ale ty czujesz inaczej.
Jakby w środku ktoś otworzył okno i wpuścił powietrze. U mnie zaczęły się z tego rodzić konkretne decyzje. Takie, które prowadzą mnie w stronę innego stylu życia.
Więcej ruchu. Więcej miejsc. Więcej radości. Ale zobaczyłam też drugą stronę.
Żeby moje wewnętrzne dziecko mogło naprawdę ruszyć w tę przygodę, potrzebowało bezpieczeństwa.
Dorosłej struktury. Oparcia. Kogoś we mnie, kto nie tylko powie: „idź, baw się, odkrywaj”, ale też zadba o sprawy, o ciało, o granice, o pieniądze, o codzienność.
I właśnie tam wyszło dużo emocji: poczucie winy, napięcie, strach, lęk przed życiem. Jakby ta dziecięca część bardzo chciała ruszyć, ale jednocześnie pytała:
„a kto mnie poprowadzi?”
„kto się mną zaopiekuje?”
„kto zadba o to, żebym była bezpieczna?”.
Ten proces pokazał mi coś bardzo ważnego.
Moje wewnętrzne dziecko nie potrzebowało tylko powrotu do radości.
Potrzebowało dorosłej mnie, która wreszcie potraktuje tę radość poważnie.
I może właśnie tutaj zakończę artykuł o wewnętrznym dziecku.
I zaproszę do czegoś ciekawszego. Doświadczenia. Smakowania. Bo można przeczytać wiele słów o radości, bezpieczeństwie, przygodzie i powrocie do siebie, ale wcale ich nie doświadczyć.
Dlatego zapraszam cię teraz do czegoś prostego.
Zamknij oczy.
Połóż dłonie na sercu.
Weź kilka głębokich oddechów.
I zaproś tę część siebie, która pragnie się dziś z tobą połączyć.
Zaproś swoje wewnętrzne dziecko.
Poczuj je.
I zapytaj:
Czego teraz potrzebujesz?
Może odpowiedź przyjdzie od razu.
Może pojawi się obraz, emocja, wspomnienie, słowo.
A może nie wydarzy się nic
To też jest w porządku.
Czasem pierwszym krokiem jest samo zatrzymanie się i powiedzenie tej części siebie:
„jestem przy tobie”.
A jeśli poczujesz, że chcesz wyruszyć głębiej w tę podróż, stworzyłam medytację „Radość życia. Medytacja wewnętrznego dziecka”.
To medytacyjna podróż do części ciebie, która potrzebuje radości, przygody, bezpieczeństwa i dorosłego oparcia.
Do tej części, która może bardzo długo czekała, aż ktoś wreszcie zapyta ją nie tylko o to, co ją boli, ale też o to, czego pragnie. Daj mi znać jak było w tej podróży 🙂


