O podróży, w której doświadczyłam ojcowskiej opieki
Ta historia jest utkana z opowieści, które przez długi czas nie mogły zostać opowiedziane — zostały zatrzymane w ciele i tym co żyje pod powierzchnią. A jednak prawda ma swoją własną naturę, ujawnia się i dąży do ekspresji, nawet jeśli nie wprost — to poprzez obraz, film albo opowieść.
W ten sposób stałam się jej głosem, a właściwie wielogłosem — przestrzenią, w której spotkały się historie kobiet bliskich oraz tych, które przyszły do mnie w snach. Nie czuję, by ta historia miała zakończenie. Ona nie domyka się jak rozdział książki. Każdego dnia pisze się na nowo, w decyzjach podejmowanych każdego dnia.
Teraz, Kobieto, poprzez małe i większe wybory zaczynasz nadpisywać przyszłość w rytmie miłości do siebie. Jeśli to czytasz, wiedz, że Twoja historia dojrzała do miłości. Do spotkania z męskością. Do spotkania z życiem — bez starej maski.
Kim byłam w czasach przed maską
Zanim nauczyłam się milczeć, byłam falą. Źródłem, z którego płynęła intensywna kreatywność. Mojej ciało było ekspresją. Moje istnienie — ruchem, który nie potrzebował zgody ani uzasadnienia..
Kim byłam? Widzeniem przenikającym iluzję, życiem w najczystszej postaci. Nie chciałam niczego burzyć. Po prostu istniałam w zgodzie z tym, czym jest życie.
Moja prawda wydawała się zbyt obnażająca. A więc zniekształcono prawdę o mnie.
Nazwana w sposób, który miał odebrać mi godność i sens mojego istnienia.
Zawstydzono mnie.
Próbowano zabić we mnie wszystko czym byłam: ruchem, głosem, tworzeniem. seksualnością, ekspresją, prawdą.
Postawiono mi warunek: “Możesz tu zostać, ale masz siedzieć cicho”.
Nie wychylać się.
Nie być widoczna.
Nie poruszać tego, co niewygodne.
I przez długi czas oddawałam siebie tym wierzeniom,
Dorastałam w świecie, który w odczuciu był jak pudełko.
Uwierzyłam wtedy, że nie jest to miejsce dla mnie.
że mogę być sobą tylko w ukryciu.
Pęknięcie
Przez długi czas nie nazywałam tego wprost. Mówiłam raczej: jestem samodzielna, radzę sobie, nie potrzebuję. Dopiero z perspektywy czasu zobaczyłam, że pod tymi słowami kryła się jedna zasadnicza prawda — nie znałam doświadczenia męskiego oparcia w życiu. To, co zapamiętałam jako obraz męskości nie było wsparciem. Mężczyźni, których obserwowałam jako dziecko, jednoczyli się w tym, co odcinało ich od czucia — w alkoholu, w sile, w dominacji. W tym świecie nie było miejsca na stabilną, ojcowską obecność, która mówi córce: jesteś bezpieczna, możesz iść w świat.
W takim świecie dziecko nie uczy się ufać życiu. Uczy się czujności. Ciągłej gotowości, by chronić siebie. Zabrakło doświadczenia, że można się oprzeć i jednocześnie iść własną drogą. Że nawet kiedy się upada, ktoś nadal jest. Z czasem straciłam straciłam ojca także w sensie dosłownym. Zginął w wypadku w dniu moich 13 urodzin. To doświadczenie zamknęło pewien rozdział, ale nie zakończyło historii.
Długo nosiłam w sobie obraz męskości widziany przez maskę tych zranień i długo wierzyłam, że jest to uniwersalna prawda o męskości. I tak szłam przez życie bez ojca. Sama. Z przekonaniem, że jeśli coś ma się wydarzyć, to tylko dzięki mnie samej. Nie ufałam istnieniu. Nie ufałam życiu. Nie ufałam temu, że cokolwiek może mnie „trzymać”, gdy puszczę kontrolę. Nie miałam dostępu do boskiego aspektu Ojca — do tej opiekuńczej siły, która tworzy bezpieczną ramę, nadaje kierunek, nie znika, gdy na chwilę odwracasz wzrok. Gdzieś głęboko we mnie istniało przekonanie, że jeśli tylko oddalę się na moment, zostanę porzucona. Jakby życie postawiło warunek. Jakby obecność była czymś, co łatwo stracić.
Żyłam więc w trybie przetrwania. W napięciu. W ciągłej gotowości, by nieść wszystko sama, bo nie było we mnie zaufania, że istnieje siła większa ode mnie, która mnie podtrzyma. Nie widziałam mężczyzn, którzy byli blisko. Z czasem zaczęłam rozumieć, że patrzyłam na świat przez filtr zranionej męskości. Ten filtr sprawiał, że mężczyźni zdolni do obecności byli dla mnie niewidoczni, zbyt spokojni, zbyt „zwyczajni”, jakby nie istnieli w moim polu. Jednocześnie mój wzrok był wyczulony na zagrożenie — na potencjał przemocy, dominacji, braku uważności.
I dopiero wtedy, gdy wszystkie stare strategie zawiodły, poczułam się skrajnie zmęczona, dotarłam do ściany i nie miałam już siły “dźwigać”, wydarzyło się coś, czego nie potrafiłam zaplanować.
Zatrzymałam się. W tej ciszy pojawiła się szczelina. Miejsce we mnie, które istniało od zawsze, ale nigdy wcześniej nie było słyszane. Była to cicha świadomość, że życie ma dla mnie coś o czym nie śniło mi się w najskrytszych marzeniach. I właśnie przez tę szczelinę jako przypomnienie przyszło światło. Jak iskra, która nagle znalazła swoje miejsce w ciele. Zamknęłam oczy i poczułam ją bardzo fizycznie. Coś we mnie zaczęło się scalać i rozpuszczać jednocześnie. Wydobył się ze mnie szloch. Od tego momentu wiedziałam, że nie da się już wrócić do dawnego sposobu istnienia. Nie wiem jeszcze jak, ale decyduję że chcę żyć inaczej. Niesiona przez fale.
Podróż
Ta podróż nie była o miejscu, do którego poleciałam, ani o ludziach, których spotkałam. Była o tej części mnie, z którą już dawno nie miałam kontaktu. Jeśli utkniesz w jakimś widzeniu rzeczywistości – jedź w podróż!
Ja Wyruszyłam w nią ze zmęczeniem, z wewnętrznym wołaniem i jednocześnie przeczuciem, że życie ma dla mnie coś, czego jeszcze nie widzę. Chciałam znowu poczuć się jak dziecko szczęścia… jak boskie dziecko.
Wiedziałam, że w miejscu, w którym fizycznie jestem, tego nie doświadczę. Że potrzebuję fizycznie ruszyć, aby spotkać się ze sobą i z tą nową jakością, która już zaczynała się we mnie domagać uwagi.
Nie była to podróż komfortowa ani „wypasiona”. Raczej niskobudżetowa, podejmowana bez zabezpieczenia, bez planu B, bez żadnej gwarancji komfortu. Coś czego nie lubi kontrolujący umysł.
Dopiero później zrozumiałam, że była to inicjacja. Pokazała mi, że kiedy puszczam kontrolę, coś innego może mnie nieść. I że to doświadczenie zaczęło zmieniać sposób, w jaki patrzę na życie. Podróż przyniosła mi spotkania z mężczyznami, którzy stali się dla mnie inicjacją w męską energię — spokojną, ugruntowaną, niewymuszoną. Dzięki nim mogłam doświadczyć, jak naturalnie budzi się kobieca esencja, gdy nie ma strategii, projekcji ani celu.
Tuż przed podróżą. Zaufanie i odpuszczenie kontroli
Poznałam go tuż przed podróżą — w czasie, kiedy pragnęłam bliskości, ale nie umiałam jeszcze zobaczyć poczuć wdzięczności za to kim jestem. Byłam skupiona na braku. Na tym, czego nie ma. Na tym, co się nie wydarza. Nie widziałam, że męska obecność, której tak bardzo potrzebowałam, istniała już w mojej rzeczywistości, tylko nie w formie, jakiej nauczyłam się oczekiwać.
Mój umysł działał wybiórczo. Wciąż filtrował świat przez stare doświadczenia i przekonania, podpowiadając mi, gdzie czego nie ma, zamiast pozwolić zobaczyć, co już jest. Szukałam intensywności, wyraźnych znaków, potwierdzeń. Tymczasem obecność, której potrzebowałam, była spokojna, nienarzucająca się, niewchodząca w znane mi schematy napięcia i braku. Dlatego pozostawała poza moim polem widzenia.
Dopiero z perspektywy czasu zaczęłam rozumieć, że to nie świat był pusty, lecz moje widzenie ograniczone. Że w momencie, gdy najbardziej potrzebowałam męskiego wsparcia i bliskości, one już były obecne — ale nie mogłam ich rozpoznać, bo nie pasowały do obrazu męskości, który nosiłam w sobie.
To spotkanie stało się dla mnie jednym z pierwszych sygnałów zmiany, mój sposób patrzenia na rzeczywistość zaczął się delikatnie przesuwać. Pokazywało, że życie nie zawsze odpowiada na nasze potrzeby w sposób, który umiemy natychmiast rozpoznać — ale to nie znaczy, że nie odpowiada wcale.
Kobieta w takim stanie nie spotyka mężczyzny w “idealnych” okolicznościach. Nie poznaje go wtedy, gdy wszystko jest poukładane, a ona sama gotowa na miłość i otwartość. Spotyka go raczej pomiędzy — pomiędzy decyzjami, pomiędzy jednym etapem a drugim, w ruchu, w przejściu. Wtedy, gdy nie szuka już ratunku, ale jeszcze na maxa nie ufa. Gdy jest zmęczona samotnością, ale wciąż nie wie, jak pozwolić sobie na wsparcie.
Takie spotkania nie mają w sobie obietnicy wielkiej historii. Są krótkie, pozornie zwyczajne, czasem wręcz nie na temat. Pojawiają się w drodze na lotnisko, w kawiarni tuż przed wyjazdem, w chwili, w której życie nie daje czasu na budowanie narracji. I może właśnie dlatego są tak ważne. Przychodzą po to, aby pokazać inną możliwość.
Usiedliśmy na kawę bez wielkich oczekiwań. Rozmawialiśmy o rzeczach prostych, trochę obok tego, co naprawdę było we mnie żywe. Czułam, że nie potrafię wtedy być w pełni autentyczna — nie dlatego, że coś ukrywałam świadomie, ale dlatego, że nie miałam jeszcze dostępu do tej części siebie, która potrafi mówić wprost o potrzebach, wątpliwościach i lęku. Nie było we mnie gotowości, by się odsłonić. Ani potrzeby, by cokolwiek przyspieszać. To spotkanie istniało w jakimś zawieszeniu — nie zmierzało do relacji, ale też nie było zupełnie przypadkowe. Kiedy zaproponował, że zawiezie mnie na lotnisko, zdziwiło mnie to. Nie musiał. Zrobił to naturalnie, jak coś oczywistego. Ta podróż była bardzo prędka, bo zwyczajnie źle oszacowałam odległość i wydawało mi się, że mam jeszcze dużo czasu.
Ku własnemu zaskoczeniu poczułam podziw. Przyjemność bycia obok męskiej energii w działaniu. Czegoś konkretnego, sprawczego, pozbawionego chaosu i wahania.
Bałam się prędkości, a jednocześnie czułam do niej zaufanie. To było nowe doświadczenie — pozwolić komuś przejąć prowadzenie, nawet na tak krótkim odcinku drogi. Łatwiej było mi zaufać temu, co działo się na zewnątrz, w ruchu i decyzjach, niż odsłonić siebie w rozmowie. I to też było w porządku. Na więcej po prostu nie byłam jeszcze gotowa.
Na lotnisku biegłam jak w filmie. Dosłownie w ostatniej chwili, tuż przed zamknięciem bramek. Serce waliło mi w piersi, ciało było w napięciu, ale jednocześnie czułam coś na kształt ulgi. Zdążyłam. Zostałam doniesiona przez moment, który wymagał ode mnie jedynie zgody na to, by nie robić wszystkiego samej.
Dopiero później, siedząc już w samolocie, zaczęłam rozumieć, że to spotkanie było czymś więcej niż tylko przysługą w dniu wylotu. Że było pierwszym doświadczeniem męskiej energii jako działania i wsparcia — jeszcze nie w relacji, jeszcze nie w bliskości, ale już poza starym schematem, w którym zawsze musiałam polegać wyłącznie na sobie.
Prowadzenie
Druga historia wydarzyła się już po przylocie, w miejscu, które było dla mnie zupełnie obce. Kraj, do którego dotarłam, był dziki, surowy, pozbawiony znanych punktów odniesienia. A ja — jak to mam w zwyczaju — przyjechałam tam z mieszaniną naiwnej wiary, że „jakoś to będzie”, i bardzo realnego lęku. Te dwa stany często we mnie współistnieją i zderzają się ze sobą boleśnie: ufność bez struktury i strach bez oparcia.
Wiedziałam jednak jedno — że właśnie poza strefą komfortu jest dla mnie teraz właściwe miejsce. Nawet jeśli nie miałam jeszcze narzędzi, żeby się w tej przestrzeni swobodnie poruszać.
Już na samym początku okazało się, że nie mam nawigacji. Internet skończył się niemal natychmiast po wyjściu z samolotu. Nie znałam miasta, nie potrafiłam odnaleźć miejsca, w którym miałam spędzić pierwszą noc, a myśl o dotarciu do kolejnego miasteczka — oddalonego o blisko sto kilometrów — zaczęła mnie przytłaczać. Nie było dworca w zasięgu wzroku, nie było wyraźnych oznaczeń, nie było nawet jasnej informacji, jak tu w ogóle się poruszać. Stałam z plecakiem na ulicy i po raz pierwszy naprawdę poczułam, jak bardzo jestem samotna a jednocześnie gotowa zaufać życu.
I wtedy wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Zatrzymał się taksówkarz. Zobaczył mnie błądzącą, zagubioną, i zapytał, dokąd jadę. W trakcie rozmowy okazało się, że miejsce, do którego zmierzam, jest trudno dostępne. Że komunikacja publiczna tam praktycznie nie dociera, a próba dotarcia pociągiem czy autobusem byłaby kosztowna i bez sensu. Bez wahania zaproponował, że mnie zawiezie. Zadzwonił do swojego szefa i powiedział, że spotkał przyjaciółkę i że chce jej pomóc. Wyłączył licznik.
Dopiero w trakcie jazdy dotarło do mnie, jak bardzo bez tej pomocy byłabym zdana na przypadek. Miejsce, do którego dotarliśmy, było na totalnym odludziu. Piękne, ale surowe. Takie, do którego sama nigdy bym nie trafiła. A jednak znalazłam się tam bezpiecznie, prowadzona przez kogoś, kto wziął odpowiedzialność za drogę, nie oczekując niczego w zamian.
Czułam wdzięczność i niedowierzanie. Kolejny raz mężczyzna pojawił się w mojej podróży dokładnie wtedy, gdy ja odpuszczam kolejną warstwę kontroli.
To doświadczenie było o tym, że opieka może przyjść nie wtedy, gdy wszystko masz poukładane, ale wtedy, gdy naprawdę nie wiesz, co dalej. W tej historii puszczałam bardzo głęboki program: jeśli nie kontroluję sytuacji, coś złego się stanie.
Zaczynałam rozumieć, że to nie były przypadki. Że coś we mnie, choć jeszcze nie w pełni uświadomione, zaczęło dopuszczać możliwość, że nie muszę znać drogi, żeby ktoś mógł mnie nią poprowadzić.
Kolejne dni podróży przyniosły coś zupełnie innego niż ruch i napięcie pierwszych etapów. Moje ciało wreszcie się rozluźniło. Zatrzymałam się przy morzu i pozwoliłam sobie na to, czego naprawdę wtedy potrzebowałam – ciszę, szum fal, długie spacery plażą i bycie bez celu.
Patrzenie na wodę, słuchanie jej rytmu, oddychanie – to było pierwsze miejsce, w którym poczułam, że wracam do siebie.
Po kilku dniach tej odżywiającej samotności pojawiła się jednak inna potrzeba. Tęsknota za obecnością drugiego człowieka. Nie dramatyczna ani rozpaczliwa – raczej naturalna, pełna ciekawości. Uśmiechnęłam się do siebie z pewnym zaciekawieniem – co jeszcze się wydarzy? 😉 Wiedziałam, że wybrałam tę podróż właśnie po to, by otworzyć się na ludzi w nowy sposób, bez planu i bez znanych schematów. I wtedy, zupełnie zwyczajnie, poznałam kolejnego mężczyznę.
Przyjęcie
Spotkaliśmy się na plaży. Najpierw był wieczór, potem kolacja następnego dnia. Zaproponował, że pokaże mi okolicę, pobliskie miejscowości, miejsca, do których sama pewnie bym nie dotarła. Z tyłu głowy wciąż miałam znane narracje o ostrożności, o zaufaniu do obcych mężczyzn, ale w środku nie czułam żadnego alarmu. Była ciekawość i zaufanie do mojego prowadzenia.
Spędziliśmy razem czas, a ja pozwoliłam sobie być adorowana. To spotkanie było jak wakacyjny akcent – lekki, ciepły, zostawiający dobre wspomnienie.
Pokazało mi granicę, którą poczułam w sobie bardzo wyraźnie: że mogę spędzić z kimś miły czas, pozwolić sobie na bliskość, rozmowę, bycie widzianą jako kobieta – i jednocześnie nie być tym zobowiązana do niczego ponadto. Mogłam przyjąć tę chwilę taką, jaka była, bez obietnic i bez poczucia długu. To było nowe doświadczenie mojej wolności: powiedzieć „tak” temu, co przyjemne, i jednocześnie pozostać wierną sobie, nawet jeśli oznaczało to, że nie chcę tej historii kontynuować.
Dopiero wtedy dotarło do mnie coś bardzo prostego i jednocześnie poruszającego: będąc w podróży, poznałam tylu mężczyzn. W naturalny sposób. Byłam widziana, zapraszana, prowadzona. Doświadczyłam romantycznego wieczoru na wzgórzu z widokiem na morze, czułam się zauważona jako kobieta. To było coś, czego w codziennym życiu prawie nie doświadczałam.
Ale najgłębsze poruszenie przyszło dopiero po powrocie. W środku nocy, na odludnym lotnisku, kiedy byłam zbyt zmęczona, by wracać sama do domu. I wtedy po raz pierwszy to ja poprosiłam o pomoc.
W czasie tej drogi poczułam coś, czego wcześniej nie znałam. Głębokie wzruszenie. Poczucie, że jestem niesiona. I wtedy dotknęło mnie coś bardzo starego – świadomość, że nigdy nie miałam ojca, który by mnie tak zaopiekował a jednocześnie właśnie doświadczam tej opieki. Nie ufałam tej energii, bo jej nie znałam. A jednak właśnie w tej chwili doświadczyłam jej w najbardziej prostym, ludzkim wymiarze.
Każde z tych spotkań wydarzało się wtedy, gdy świadomie puszczałam kolejną warstwę kontroli: nad ruchem, nad bezpieczeństwem, nad bliskością, nad proszeniem o pomoc. To nie był przypadek ani zbieg okoliczności. Była to konsekwencja decyzji, którą podjęłam w sobie — że decyduję inaczej. Że uczę się ufać. Oprzeć się. Pozwolić się prowadzić.
Uzdrowienie rany ojca przyszło jako decyzja i jako doświadczenie. Jako pozwolenie, by życie odpowiedziało w nowy sposób. Jako zgoda na to, by być niesioną. Dziś planuję już kolejną podróż. A może nawet nie planuję, tylko odpowiadam na wołanie inspiracji.
Jeśli ta historia coś w Tobie porusza, być może jesteś w podobnym miejscu. W miejscu, w którym pojawia się przestrzeń na wsparcie, prowadzenie i zaufanie.
Czy potrafię już ufać męskiej energii?
Czy mam zaufanie do boskiego aspektu ojca?
Wciąż się tego uczę.
Uczę się zatapiać w ten spokój, w którym mogę odpocząć.
I kiedy jest mi trudno, wyobrażam sobie, że mój mój boski ojciec, ta męska energia – idzie przede mną i trzyma przestrzeń mojej drogi, nie znika w obliczu mojej głębi.
Abym mogła iść a może raczej płynąć po swojemu.

