Szwajcaria, która wchodzi pod skórę. Kiedy podróż dotyka duszy
Podróże są dla mnie czymś więcej niż kontemplacją pięknych widoków. Doświadczam miejsc wszystkimi zmysłami i pozwalam im wejść pod skórę. Niektóre przestrzenie poruszają w nas coś, czego w codziennym rytmie nie potrafimy usłyszeć. Pomagają wrócić do siebie, zobaczyć własne życie z innej perspektywy i zintegrować to, co od dawna czekało na uwagę.
Do takiej podróży chcę cię dzisiaj zaprosić.
O miejscach, które domykają stare i otwierają nowe
Niedawno wróciłam ze Szwajcarii, którą odwiedziłam podczas kameralnej wyprawy organizowanej przez Angel Light. Za tą nazwą stoi Aldona Zielińska (w Szwajcarii nazywana Adą ) — Polka mieszkająca od trzech lat w Szwajcarii, która prowadzi uczestników przez miejsca mniej oczywiste: alpejskie wioski, wodospady, doliny, górskie trasy i przestrzenie ukryte poza głównymi szlakami. Osoba pełna empatii, kreacji, spokoju.
Nie jest to klasyczne zwiedzanie z listą atrakcji do odhaczenia. Bardziej doświadczenie bycia prowadzonym przez kogoś, kto zna tę przestrzeń od środka — jej rytm, ciszę, dzikość i miejsca, w których naprawdę można poczuć kontakt z naturą.
Dla mnie ta wyprawa stała się odpowiedzią na wołanie, które czułam w sobie od dawna: aby opowiadać o miejscach jako przestrzeniach przemiany — takich, które uruchamiają w nas wewnętrzne procesy i prowadzą do nowych etapów życia.
Ta inspiracja wracała do mnie od kilku lat.
Już wcześniej zdarzało mi się wyruszać w drogę nie tylko po to, żeby zobaczyć nowe miejsca, ale też spotkać coś w sobie. Dopiero po powrocie widziałam, jaki przełom naprawdę się we mnie wydarzył.
Z czasem zaczęłam zauważać, że miejsca mogą nas prowadzić. Odbijają nasze wnętrze, poruszają to, co jest gotowe do zobaczenia, domykają pewne etapy albo otwierają nas na nowe. Czasem robią to bardzo subtelnie: przez ciało, wzruszenie, zachwyt, rozmowę z przypadkowo spotkaną osobą albo moment, którego nie da się zaplanować.
Szwajcaria pojawiła się w moim życiu nieprzypadkowo. Przyszła wtedy, gdy byłam gotowa coś odpuścić, coś odzyskać i rozpocząć nowy etap.
Przez długi czas nie byłam gotowa, aby pójść za tym wołaniem w pełni.
Moje życie było wtedy osadzone w bardzo konkretnych ramach: rodzina, dzieci, obowiązki, mieszkanie, codzienność. Była też we mnie lojalność wobec przewidywalnego modelu życia — takiego, który kojarzył się ze stabilnością i bezpieczeństwem.
Ten osiadły rytm z jednej strony dawał mi oparcie, a z drugiej coraz bardziej oddalał mnie od potrzeby ruchu, przestrzeni i poznawania siebie poprzez zmieniający się krajobraz.
Dziś widzę, że miejsce, w którym mieszkałam przez dwanaście lat, miało swoją bardzo konkretną energię. Było dla mnie jak matka trzymająca dziecko w ramionach. Dawało schronienie, regenerację i poczucie odbudowy po trudnych doświadczeniach. Pomogło mi wrócić do siebie, odzyskać siły i poczuć grunt pod nogami.
Ale z czasem zaczęłam zauważać, że ta sama przestrzeń, która kiedyś mnie chroniła, nie wypuszcza mnie już do życia. Jak matka, która kocha, otula i trzyma blisko, ale nie pozwala dziecku wybiec na dwór, pobrudzić się, pobawić i sprawdzić siebie w świecie.
To miejsce było dobre na etap odbudowy. Przestało być dobre na etap ruchu, ekspansji i nowego życia.
Może znasz podobne doświadczenie. Może jest miejsce, które kiedyś cię karmiło, a dziś zaczyna cię zatrzymywać. A może nigdy wcześniej się nad tym nie zatrzymywałeś / nie zatrzymywałaś. Warto wtedy zadać sobie proste pytanie: jak ta przestrzeń naprawdę na mnie działa?
Dopiero kiedy moje dotychczasowe życie zaczęło się domykać — kiedy straciłam miejsce, które przez dwanaście lat nazywałam domem, kiedy rozpadła się pewna forma bezpieczeństwa i tożsamości — zrozumiałam, że nie chodzi już tylko o marzenie o podróży.
Chodzi o powrót do mojego własnego sposobu bycia.
Dlatego utratę domu potraktowałam jako zaproszenie do czegoś nowego, bardziej spójnego z tym, kim jestem teraz.
Zadałam więc pytanie — sobie, życiu, wszechświatowi. Puściłam w świat informację, że jestem gotowa ruszyć w drogę i opowiadać o miejscach, które prowadzą człowieka przez zmianę.
Spośród wszystkich propozycji, które wtedy do mnie przyszły, najmocniej zawołała mnie Szwajcaria u Angel Light.
Zgłosiło się do mnie naprawdę dużo osób — takich, które prowadzą podróżnicze biznesy z duszą albo tworzą miejsca z duszą. Dlaczego wybrałam właśnie tę propozycję?
Dla mnie żadna usługa nie jest tylko sumą atrakcji, programu i warunków. Oczywiście konkret ma znaczenie. Organizacja, miejsce, trasa, nocleg, opieka — to wszystko jest ważne. Ale równie istotne jest dla mnie to, kto za tym stoi. Jaka osoba tworzy tę przestrzeń. Z jakiego miejsca w sobie zaprasza innych.


W przypadku Angel poczułam przede wszystkim energię odwagi i ruchu do życia. Zobaczyłam kobietę, która wyjechała do Szwajcarii, zamieszkała tam, stworzyła swoje życie i markę związaną z podróżami, a potem zaczęła zapraszać ludzi do przestrzeni, którą sama najpierw wybrała i pokochała.
To mocno ze mną zarezonowało. Byłam wtedy w momencie, w którym życie samo zapraszało mnie do większej odwagi, więc ta osobista inspiracja była dla mnie ważna.
Zawołał mnie też sposób, w jaki Angel opowiadała o Szwajcarii — z pasją, czułością i znajomością miejsca, w którym żyje. Mówiła o trasach, górach, wodospadach, alpejskich krajobrazach i przyrodniczych cudach tak, że zanim jeszcze tam dotarłam, zaczęłam czuć tę przestrzeń podskórnie.
Decyzję podjęłam bardzo szybko. Właściwie w ciągu jednego dnia wiedziałam, że chcę jechać, a potem poukładałam swoje plany tak, żeby w ciągu trzech tygodni móc wyruszyć.
To też było dla mnie znaczące. Czasem coś nas woła, ale zostaje tylko na poziomie inspiracji. Tym razem od razu poczułam ruch. Coś we mnie powiedziało: jadę.
W bardzo konkretnym wymiarze była to kameralna podróż do Szwajcarii z przejazdem, noclegiem, zwiedzaniem, wyżywieniem i całą organizacją po stronie osoby prowadzącej. Doświadczenie, w które można było po prostu wejść — bez konieczności samodzielnego planowania każdego szczegółu. Do tego w bardzo przyjaznym budżecie. Angel mówi, że Szwajcaria jest zbyt piękna i zbyt blisko Polski by nie móc jej poznawać ,stąd tworzy bardzo przyjazne oferty dla Polaków .
Moja pierwsza wątpliwość pojawiła się jeszcze w drodze. Kiedy poznałam pierwsze osoby z grupy, dowiedziałam się, że jadą z nami ludzie, dla których góry, trekking i sportowy styl życia są czymś naturalnym.
I oczywiście od razu coś się we mnie uruchomiło.
Pojawił się lęk, że będę odstawać. Że nie nadążę. Że grupa będzie musiała na mnie czekać. Że skoro bywałam w górach, ale góry nie są moim codziennym stylem życia, to być może ta wyprawa okaże się dla mnie zbyt wymagająca.
Na miejscu okazało się jednak, że ten lęk nie znalazł potwierdzenia w rzeczywistości.
Tak, ta podróż nie była biernym zwiedzaniem. Było w niej chodzenie, wysiłek, szlaki i ruch. Wszystko to jednak odbywało się w dużej uważności na grupę. Czułam, że nikt nie jest zostawiony sam sobie, nikt nie musi udawać, że ma więcej siły, niż naprawdę ma, i nikt nie jest oceniany za swoje tempo.
To było dla mnie bardzo ważne doświadczenie. Mogłam wejść w coś, czego się obawiałam, a jednocześnie nie musiałam siebie przekraczać. Aldona prowadziła tę wyprawę w taki sposób, że każdy mógł być częścią drogi. A grupa okazała się naturalnie wspierająca, opiekuńcza i uważna.
Nie miałam poczucia, że jestem „z tyłu”. Miałam poczucie, że idziemy razem.
Zgodnie z moją intencją ta podróż od początku była dla mnie spotkaniem z energią miejsca. Miała różne warstwy.
Najpierw był zachwyt. Piękno. Intensywna przyjemność kontaktu z naturą — taka, jakiej wcześniej chyba nigdy nie poczułam w takiej skali. Góry, woda, skały, przestrzeń, powietrze, alpejskie krajobrazy — wszystko to działało na mnie bardzo mocno, nie tylko przez obraz, ale też przez ciało.
Ale było też coś więcej. To miejsce zaczęło wydobywać na powierzchnię tematy, które nosiłam w sobie od dawna. Rzeczy, z którymi już wcześniej pracowałam, ale które właśnie tam pokazały się z dużo większą wyrazistością. Miałam poczucie, że przyjechałam po to, żeby pozwolić tej przestrzeni mnie poruszyć i zobaczyć to, co było gotowe do zobaczenia.
Właśnie wtedy bardzo ważna okazała się obecność Angel jako organizatorki. Nie chodziło tylko o plan, transport, nocleg czy logistykę. Chodziło o coś znacznie subtelniejszego — o sposób, w jaki trzymała przestrzeń dla całej grupy.
Kiedy ktoś wchodził w trudniejszy moment, bardzo szybko pojawiało się wsparcie. Praktyczne, ludzkie, emocjonalne. Takie prosto z serca. Widziałam, że osoby, które przechodziły przez swoje małe kryzysy, nie zostawały z tym same.
Ja również dostałam takie wsparcie. I czuję za to ogromną wdzięczność.
Kiedy góry stają się przestrzenią spotkania ze sobą
Jednym z najmocniejszych doświadczeń tej wyprawy było dla mnie spotkanie z górami.
Po tym wyjeździe wiem, że góry są nie tylko wyzwaniem kondycyjnym. Są też przestrzenią spotkania ze sobą. Uczą pokory, szacunku do własnych granic i uważnego rozpoznawania momentu, w którym wychodzę ze strefy komfortu — ale też momentu, w którym mogę powiedzieć: dalej już nie idę.
Bardzo mocnym przełomem było dla mnie wejście na około 2200 metrów. Nie dlatego, że chodziło o zdobycie konkretnej wysokości, ale dlatego, że ta droga pokazała mi coś ważnego: moje możliwości są większe, niż sądziłam. Zobaczyłam, że czasem z góry zaniżam swoją siłę i zdolność przejścia przez coś, co na początku wydaje się za trudne.
Z góry wszystko wygląda inaczej. I nie jest to dla mnie tylko ładna metafora. Kiedy wychodzisz z doliny i zaczynasz patrzeć z innej perspektywy, coś zmienia się również w środku. To, co z dołu wydawało się ścianą, z góry staje się częścią większego krajobrazu.
Tak samo czasem dzieje się z życiem. Dopiero kiedy wejdziemy wyżej, złapiemy oddech i wyjdziemy ponad dotychczasowy punkt widzenia, zaczynamy rozumieć, gdzie naprawdę jesteśmy.
Bardzo mocnym rdzeniem tej wyprawy była też medytacja, której doświadczyłam w górach. Połączyłam się wtedy ze skałami, z ziemią, z potężną obecnością gór. Poczułam je jak ciało ziemi — żywe, stare, stabilne i obecne.
To doświadczenie przyniosło mi głębokie poczucie oparcia. Jakby przez kontakt z górami przepłynęła przeze mnie siła, której bardzo potrzebowałam. To, co otworzyło się wtedy w tym kontakcie, jest osobnym procesem — takim, do którego czuję, że wrócę jeszcze w kolejnej publikacji.

Ważnym kawałkiem tej wyprawy było również spotkanie z grupą
Przed wyjazdem nie sądziłam, że dotyczy mnie temat samotności. Uważałam, że potrafię być sama i że po prostu bardzo potrzebuję swojej przestrzeni. Ale w tej podróży zobaczyłam coś więcej: że czasem samotność bywa także formą ochrony. Sposobem na to, żeby nie wejść za blisko, nie narazić się na odrzucenie i nie sprawdzać, czy naprawdę mogę być sobą wśród nowych ludzi.
Ta grupa stała się dla mnie lustrem. Pokazała mi, że mogę być blisko z osobami, których wcześniej nie znałam. Mogę rozmawiać, śmiać się, wzruszać, przechodzić swoje procesy, ale też po prostu iść obok innych swoim tempem.
Bardzo doceniłam to, że w tej wyprawie nie było presji na bycie cały czas razem. Ada stworzyła przestrzeń, w której można było poczuć się bezpiecznie w grupie, ale też bezpiecznie osobno. Można było dołączyć, odpocząć, zostać na chwilę z boku, pójść własnym rytmem i nie brać udziału we wszystkim.
To było dla mnie ważne odkrycie. Wspólna podróż otwiera warstwy doświadczenia, których nie da się przejść samemu. Nawet jeśli ma się narzędzia, samoświadomość i umiejętność pracy ze sobą, są rzeczy, które odpuszczają dopiero w kontakcie z drugim człowiekiem.




Wyprawa prowadzona z serca
Kilka słów chcę też napisać o samym programie wyprawy, bo wiem, że dla wielu osób może to być ważne, jeśli kiedyś będą rozważały taki wyjazd do Szwajcarii.
Program był elastyczny i dopasowywany do okoliczności, pogody, potrzeb grupy i naszych wspólnych wyborów. Nie miałam poczucia sztywnego planu, który trzeba zrealizować za wszelką cenę. Było raczej dużo możliwości, rekomendacji i pięknych miejsc, z których można było wybierać.
To, co bardzo doceniłam, to niebanalny dobór tras i przestrzeni. Były góry, trekking, wodospady, jaskinie, lodowiec, kanion, alpejskie jeziora, ukryte ścieżki i miejsca poza oczywistym przewodnikiem turystycznym. Takie, których czasem nie oznacza się publicznie z szacunku do mieszkańciów i samego miejsca.
Dzięki temu można było doświadczyć nie tylko atrakcji, ale też pewnej intymności z naturą. Spotkania z przestrzenią, która nie jest jeszcze całkowicie skonsumowana przez turystykę.
Jeśli jesteś osobą wrażliwą na energię miejsc, możesz tam bardzo wyraźnie poczuć, że każde z nich niesie inną jakość.
Najmocniej została ze mną alpejska natura: monumentalne skały i góry, pierwotna energia ziemi, bujna roślinność, zioła, zwierzęta i dźwięk dzwonków alpejskich krów. Do tego krystalicznie czyste, turkusowe jeziora otoczone górami — i kąpiele w wodzie, które same w sobie były doświadczeniem oczyszczenia, zachwytu i głębokiego kontaktu z naturą.
Były też miejsca bardziej ukryte i intymne, jak jaskinia z wodospadem, w której mocno poczułam żeńską, płynną energię. Lodowiec był spotkaniem z czymś bardzo starym, jakby z fragmentem ziemi zatrzymanym w czasie. A włoska część wyprawy miała w sobie soczystość życia: deszcz, zieleń, stare kamienie, wioski, bujną roślinność i poczucie, że przeszłość nie jest tam muzeum, tylko życiem, które nadal naturalnie przeplata się z teraźniejszością.
Bardzo ważna była dla mnie kameralność tej wyprawy. Przy małej grupie nie ma poczucia anonimowego wyjazdu, w którym ludzie mijają się tylko przy kolejnych punktach programu. Jest przestrzeń na rozmowę, na zauważenie siebie nawzajem, na wspólne milczenie, na śmiech, ale też na to, żeby każdy mógł przechodzić tę podróż po swojemu.
Mam poczucie, że właśnie w takiej formule może wydarzyć się prawdziwe spotkanie. Nie tylko z miejscem, ale też z drugim człowiekiem — i z tymi częściami siebie, które często pokazują się dopiero wtedy, gdy jesteśmy z innymi.
Dziś czuję, że ta podróż przyszła dokładnie w momencie przejścia. Kiedy żegnałam się z dawnym domem, dawną formą bezpieczeństwa i częścią życia, która się domykała, Szwajcaria otworzyła przede mną przestrzeń ruchu, piękna i nowego oddechu.
Pokazała mi, że strata nie jest końcem. Jest progiem. Zaproszeniem do czegoś większego, czego jeszcze nie byłam w stanie poczuć stojąc w miejscu.
Dlatego wiem, że ten wątek domaga się osobnej opowieści. O tym, jak ta wyprawa zadziałała na mój proces przejścia i co pomogła mi zostawić za sobą, napiszę więcej w kolejnej publikacji.
Jeśli poczujesz, że taka forma podróży też cię woła, Angel Light możesz znaleźć tutaj:
Facebook: Angel Light
Instagram: Uzdrovisko Morsowisko – Alpy, Szwajcaria – polskie wyprawy
To właśnie z nią odbyłam tę kameralną wyprawę do Szwajcarii












